Marrené Waleria - Dzieci szczęścia - powieść

Dzieci szczęścia






— Pan nie jesteś jedynym wierzycielem — dodała — wszyscy zapłaceni być muszą. Ale dziś, choćbyś pan czekał dzień cały, nikt nie potrafi dać tego, czego nie ma!
Inkasent mruknął coś jeszcze, ale Jadwinia wskazała mu drzwi tak wymownym ruchem, iż wyszedł wreszcie.
Siostry przez chwilę milczały jeszcze, nasłuchując za oddalającemi się krokami. Potem zbliżyły
się instynktownie ku sobie i przytuliły się jedna do drugiej.
Marcela płakała, Jadwinia, wyczerpana wybuchem energii, miała łzy w oczach.
— Biedneśmy! — wyrzekła starsza.
— Biedne! biedne! biedne! — powtórzyła młodsza.
— I mamy to znosić ciągle — zawołała Marcela. — Już lepiej być żoną pana Melchiora.
— Nie, jabym za niego nie poszła nigdy — zaprotestowała Jadwinia.
— Dziecko jesteś!
— To być nie może, by nie było przed nami innej drogi.
Marcela westchnęła z głębi piersi i spojrzała na siostrę zbolałemi oczyma istoty, poddającej się okropnej konieczności.
— Na twojem miejscu ja... — pochwyciła Jadwinia.
W tej chwili mowę jej przerwało lekkie poruszenie przedpokój owego dzwonka. Umilkła nagle i obie z Marcelą stały chwilę, przerażone, oniemiałe.
Nie było kogo posłać, aby zobaczył, kto dzwoni. Czyżby to inkasent powracał?
Dzwonek odezwał się znowu, ale cicho, dyskretnie. Pomimo to Marcela pochwyciła siostrę za ręce.
— Nie otwieraj! — szepnęła błagalnie.
— Po długiej przerwie zadzwoniono znowu, ale bez niecierpliwości, jakby osoba dzwoniąca chciała zaznaczyć, iż nie ma praw żadnych, a tylko doprasza się o otworzenie drzwi.
— Może to pan Melchior? — zauważyła Marcela.
— Tem lepiej — ozwała się Jadwinia.
— Nie, to nie jest wierzyciel: wierzyciel inaczej dzwoni.
— Zobaczę — odparła wreszcie młodsza siostra.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 Nastepna>>