Dzieci szczęścia





Marcela spoglądała na niego osłupiała, jak istota spadła z innej planety, spoglądałaby na szaleństwo ludzkie.
— Cóż ja uczyniłam? — rzekła wreszcie.
Miałże znowu tłumaczyć jej najprostsze zadania
życia, miałże powtarzać to, o czem wiedzą wszyscy, bez wyjątku?
— Spytaj lepiej, co uczynisz dalej, gdy wyczerpie się reszta tej sumy, która spadła nam, jak z nieba; spytaj, z czego żyć będziesz, ty, dla której zbytek stanowi atmosferę
konieczną? Czyż nie pomyślałaś o tem?
— Zaprzedać się dla pieniędzy! — wyjąkała. Popatrzył na nią z rodzajem pogardliwej litości.
— Doprawdy — wyrzekł — powinnabyś raz pochwycić sposobność zostania bogatą, ażeby potem pogardzać pieniędzmi do woli, gdy będziesz pewną, że ci ich nigdy nie zbraknie.
Były to twarde słowa, tem twardsze, że prawdziwe, Marcela znieść ich nie mogła i zalała się łzami.
— Jesteś niemiłosiernym dla mnie! — szepnęła.
Wzruszył ramionami.
— Muszę przecież myśleć o przyszłości.
— Kto wie... znajdą się może inne sumy ojcu należne, o których nie wiemy.
— I ty na to rachujesz? — wybuchnął znowu.
Chciał więcej mówić, ale się powstrzymał. Nie
wszystkiemi myślami mógł się z nią podzielić.
I znów chodził po pokoju, chmurny, gniewny, niespokojny.
Teraz dopiero uderzyła go denerwująca woń hyacentów, któremi napełnione były żardinierki.
— Zkąd te kwiaty? — zapytał nagle.
Marcela nie wiedziała.
Kwiaty zdawały jej się koniecznością; nie kupowała ich przecież, nie zamawiała. Ogrodnik je przyniósł, nie mówiąc
od kogo, a ona nie zdziwiła się wcale, znajdując je tutaj.
Stanisławowi przyszedł na myśl pan Melchior, ale ten zwykle poprzestawał na bukietach. Może przysłał je prezes.
Człowiek, który obdarzył Marcelę kilkunastu tysiącami rubli, mógł pomyśleć o napełnieniu jej pokoju kwiatami.
— Czy nie był tu nikt więcej? — zapytał oględnie.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 Nastepna>>