Marrené Waleria - Dzieci szczęścia - powieść

Dzieci szczęścia





pannie Marceli, poprawił się, widząc spojrzenie jej brata — niech się nie troszczy o przyszłość; niech wie, że jest ktoś, co radby przeczuć jej myśli, usunąć przed nią
powód zmartwienia, co pragnie tylko jej szczęścia. Powiedz jej to...
Mówił to z prawdziwem uczuciem, ale Stanisław przerwał mu ze śmiechem.
— W takim razie, nie będzie to sprawa między nami tylko...
— Masz pan słuszność; najlepiej nie mów jej pan nic.
Stanisław wszedł na niebezpieczną drogę, cofnąć się było trudno.
Doświadczał tego, co doświadczać musi człowiek, biegnący po wązkiej kładce, rzuconej na urwisku: musi iść naprzód lub się stoczyć w przepaść.
Teraz dopiero przypomniał sobie, jak prosiła go Marcela, by przez dni parę mogła w spokoju wyrozumieć położenie. Przyszedł tu nawet w tej myśli.
— Za parę dni — wyrzekł siląc się na uśmiech, choć ten z trudnością przychodził mu na usta — zobaczy pan u nas nowy porządek.
— Stawię się zaraz jutro.
— Nie, nie: wstrzymaj się pan, zostaw czas Marceli, niech się rozpatrzy, urządzi.
Pan Melchior nie widział powodu, dla któregoby to miał uczynić.
Pragnął być doradcą Marceli, pragnął widzieć jej zadowolenie.
Przyszło mu wreszcie na myśl to, czego Stanisław wypowiedzieć nie mógł, iż obecność jego w tej chwili wyglądałaby, jak nadzór nad powierzonym kapitałem, a on przecież nie
chciał w ten brutalny sposób wpływać na postanowie-
nie Marceli, nie chciał, by go uważała, jako zadatek, który własną osobą spłacić musi.
Stanisław wystawił mu kwit na wypożyczoną sumę, w którym jednak nie oznaczył terminu oddania; pan Melchior na tę nieformalność nie zwrócił uwagi.
— Więc pan sądzisz — spytał z westchnieniem — iż będzie lepiej, gdy nie pokażę się u was przez dni kilka. Ależ w takim razie ona nie pojmie, zkąd przychodzi pomoc.
— Rachuj pan na mnie, a przytem odczegóż domyślność kobiecego serca.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 Nastepna>>